Co jakiś czas spotykam ludzi, którzy dumnie stwierdzają: „jestem wierzący,
ale nie praktykujący”. Nie bierze się to z powietrza. To „przykład” nas - katolików, dla których to, co mówią inni, ważniejsze jest, niż to, żeby być bezinteresownymi, jest jednym z powodów ciągłego powiększania się szeregów ludzi niewierzących.
Obciąża to nasze sumienia, ale z drugiej strony, każdy jest kowalem własnego losu. Jeszcze więcej spustoszenia robimy w naszych rodzinach, gdzie swoim postępowaniem zaprzeczamy temu, czym karmi nas Kościół święty. Wiele osób spogląda na nas i w naszym antyświadectwie szuka usprawiedliwienia.
O tym już pisałem, ale powtórzę: Odpowiedzialność można wziąć tylko za swoje
życie! A przyczynę kiepskiej jakości naszej wiary można przedstawić w sposób
obrazowy. Tę historyjkę usłyszałem w jednej z audycji radia Via. Czy samochód
będzie poruszał się sprawnie, jeśli w jego kołach nie będzie powietrza? Jakoś
by pewnie pojechał, ale jakość tej jazdy będzie mizerna. Podobnie jest z naszą
wiarą. Jeśli nie dopompujemy kół modlitwą (szczerą modlitwą), a najlepiej,
żebyśmy nią wypełnili całe swoje życie, jakość naszej egzystencji będzie marna.
Daleko tak nie ujedziemy, a na pewno nie będzie to jazda komfortowa.
Wielu z nas nie docenia roli chrztu, bo otrzymujemy ten skarb za darmo.
Gdybyśmy musieli potrudzić się, jak pierwsi chrześcijanie, nie pozwolilibyśmy
sobie na takie marnotrawstwo. Poza tym jakość rodziców, także chrzestnych,
stale obniża się. Coraz częściej do komunii, a tym bardziej bierzmowania, młody
człowiek idzie z przymusu, robiąc rodzicom łaskę. Ale jak może być inaczej,
kiedy matka czy ojciec, a najczęściej oboje, swoim zachowaniem przeczą wszelkim
zasadom wiary. Bo przykład idzie z góry. A jeśli kwiatka nie podlejesz, to co
się z nim stanie? Tak samo jest i z wiarą, którą zbudować można tylko Słowem
Bożym. Jak to stwierdzają Ojcowie Pustyni: Modlitwa, od której nic nas nie
może oderwać, jest czymś najwyższym w życiu człowieka. Ale żeby tak się
stało, trzeba spełnić kilka warunków. A to nie jest łatwe. O jednym z
podstawowych mówi kolejna sentencja z książki Anselma Gruna: Podczas
modlitwy człowiek powinien najpierw uwolnić się od własnych namiętności,
zwłaszcza od gniewu i trosk. Powinien też zaprzestać pobożnie myśleć, tzn. nie
rozmyślać o Bogu, ale zjednoczyć się z nim. Szczególnie ten ostatni warunek
może budzić kontrowersje. Ale do tego trzeba dojrzeć. Nie da się nic osiągnąć w
myśl dzisiejszej mody: żyjąc lekko, łatwo i przyjemnie. Choć przyjemnie jest,
ale dopiero na końcu tej drogi. Ale wielu z nas nie chce się lub nie ma
cierpliwości, aby tam dotrzeć.