Co jakiś czas spotykam ludzi, którzy dumnie stwierdzają: „jestem wierzący,
ale nie praktykujący”. Nie bierze się to z powietrza. To „przykład” nas - katolików, dla których to, co mówią inni, ważniejsze jest, niż to, żeby być bezinteresownymi, jest jednym z powodów ciągłego powiększania się szeregów ludzi niewierzących.
Obciąża to nasze sumienia, ale z drugiej strony, każdy jest kowalem własnego losu. Jeszcze więcej spustoszenia robimy w naszych rodzinach, gdzie swoim postępowaniem zaprzeczamy temu, czym karmi nas Kościół święty. Wiele osób spogląda na nas i w naszym antyświadectwie szuka usprawiedliwienia.
O tym już pisałem, ale powtórzę: Odpowiedzialność można wziąć tylko za swoje
życie! A przyczynę kiepskiej jakości naszej wiary można przedstawić w sposób
obrazowy. Tę historyjkę usłyszałem w jednej z audycji radia Via. Czy samochód
będzie poruszał się sprawnie, jeśli w jego kołach nie będzie powietrza? Jakoś
by pewnie pojechał, ale jakość tej jazdy będzie mizerna. Podobnie jest z naszą
wiarą. Jeśli nie dopompujemy kół modlitwą (szczerą modlitwą), a najlepiej,
żebyśmy nią wypełnili całe swoje życie, jakość naszej egzystencji będzie marna.
Daleko tak nie ujedziemy, a na pewno nie będzie to jazda komfortowa.
Wielu z nas nie docenia roli chrztu, bo otrzymujemy ten skarb za darmo.
Gdybyśmy musieli potrudzić się, jak pierwsi chrześcijanie, nie pozwolilibyśmy
sobie na takie marnotrawstwo. Poza tym jakość rodziców, także chrzestnych,
stale obniża się. Coraz częściej do komunii, a tym bardziej bierzmowania, młody
człowiek idzie z przymusu, robiąc rodzicom łaskę. Ale jak może być inaczej,
kiedy matka czy ojciec, a najczęściej oboje, swoim zachowaniem przeczą wszelkim
zasadom wiary. Bo przykład idzie z góry. A jeśli kwiatka nie podlejesz, to co
się z nim stanie? Tak samo jest i z wiarą, którą zbudować można tylko Słowem
Bożym. Jak to stwierdzają Ojcowie Pustyni: Modlitwa, od której nic nas nie
może oderwać, jest czymś najwyższym w życiu człowieka. Ale żeby tak się
stało, trzeba spełnić kilka warunków. A to nie jest łatwe. O jednym z
podstawowych mówi kolejna sentencja z książki Anselma Gruna: Podczas
modlitwy człowiek powinien najpierw uwolnić się od własnych namiętności,
zwłaszcza od gniewu i trosk. Powinien też zaprzestać pobożnie myśleć, tzn. nie
rozmyślać o Bogu, ale zjednoczyć się z nim. Szczególnie ten ostatni warunek
może budzić kontrowersje. Ale do tego trzeba dojrzeć. Nie da się nic osiągnąć w
myśl dzisiejszej mody: żyjąc lekko, łatwo i przyjemnie. Choć przyjemnie jest,
ale dopiero na końcu tej drogi. Ale wielu z nas nie chce się lub nie ma
cierpliwości, aby tam dotrzeć.
sobota, 15 listopada 2014
poniedziałek, 29 września 2014
Jesteś złodziejem
Myślałeś Adamie, że zamilknę na zawsze? Ja też tak myślałem. Ale nie mogę Ci
tego zrobić. Sobie też. Bo nie ukrywam, że z przyjemnością dzielę się z Tobą
swoimi doświadczeniami. Tym bardziej, że po przejściu drogi od pierwszego, do
ostatniego(poprzedniego) wpisu, moje życie zmieniło się nie do poznania. Nie
będę Ci opowiadał jak, bo i tak nie uwierzysz. Ale zawsze możesz to sprawdzić
na sobie, bo każdy pisze swoją historię. Swoją i swojej rodziny.
Wiesz, jaki jest Twój największy problem? Dlaczego jesteś tak wielkim wrogiem samego siebie? Bo żyjesz w urojonej rzeczywistości, którą Ci ten świat narzuca. Pakujesz się w jego zgiełk i nawet przez myśl Ci nie przejdzie, że jest to najniebezpieczniejsza z pułapek.
Podzielę się z Tobą prostą, ale jakże głęboka myślą, od której zrozumienia zaczęła się moja przemiana: Okradasz siebie z czasu, marzeń i wspaniałych chwil, bo nie umiesz milczeć.
Najskuteczniejszym zabójcą istnienia jest zgiełk. Niedługo nie będziesz słyszał swoich myśli. A może już tak jest?
To, co sprawia Ci przyjemność, każda radosna chwila pochodzi od Boga. Wszystko inne jest efektem wyrzutów sumienia, że zmarnowałeś talenty, jakie otrzymałeś. Im bardziej będziesz chciał przejść obok życia, nie trudząc się, tym więcej trudu będzie Cię to kosztowało. A, uwierz mi, trud włożony w budowanie, a nie niszczenie, jest niesamowicie opłacalny. O tym mówi kolejna biblijna mądrość: Co siejesz, to zbierzesz.
Zauważyłem, że jeśli coś robię, to w ludziach rodzi się zaraz pytanie: A co ty będziesz z tego miał. Odpowiem: Zazwyczaj nie oczekuję zapłaty; kiedy mogę pomóc, to po prostu pomagam. Ale jeśli wykonuję swoją pracę rzetelnie, włożyłem w nią masę wysiłku, a dzięki temu inni mają szansę stanąć na nogach, to nie należy mi się zapłata? Jeżeli efektem mojej pracy jest konkretne dzieło, to kogo może obchodzić czy i ile zarobię? Problem tkwi prawdopodobnie w tym, że wielu z nas przyzwyczaiło się do tego, że biorą, ale wcześniej nie zhańbili się pracą. Zresztą, przez jakiś czas też tak miałem, ale na szczęście wyzwoliłem się z tego.
Kiedy spotykam znajomych i pytam: Jak leci? Najczęściej słyszę odpowiedź: Jakoś. Kiedy zachwycam się pogodą, słyszę, że mogłaby być lepsza. Dzisiaj mnie to już nie dziwi. Dlaczego miałoby być inaczej, kiedy się z tą bylejakością godzimy i nie chcemy nic zmieniać? Bo kreatorami życia wielu z nas są ziejące grozą i sensacją szmatławce. Zamiast zająć się rozwiązywaniem własnych problemów, wielu z nas woli zagłębić się w zgiełk cudzych spraw! W tym miejscu przychodzą mi na myśl słowa Ojców Pustyni: Milczenie jest przede wszystkim sztuką obecności, sztuką życia chwilą obecną. Jeśli nasz umysł bombardują ciągle jakieś myśli, to powstrzymują nas one od bycia obecnym w danej chwili; w konsekwencji więc jesteśmy obecni, ale zawsze gdzie indziej.
To prawdopodobnie jest tajemnica, od której tak często uciekamy. Wielu ludzi nigdy nie żyło, bo są nieobecni. W danej chwili żyją albo przeszłością, albo przyszłością. Jeszcze gorzej jeśli zajmuje ich to, co robi sąsiad czy sąsiadka. Bo porównywanie się z innymi może mieć sens tylko wtedy, gdy chcemy wziąć odpowiedzialność także za ich życie. A nie jest to możliwe w sytuacji, kiedy nie umiemy wziąć odpowiedzialności za własne.
Czy naprawdę musisz okradać się z pięknych chwil?
Wiesz, jaki jest Twój największy problem? Dlaczego jesteś tak wielkim wrogiem samego siebie? Bo żyjesz w urojonej rzeczywistości, którą Ci ten świat narzuca. Pakujesz się w jego zgiełk i nawet przez myśl Ci nie przejdzie, że jest to najniebezpieczniejsza z pułapek.
Podzielę się z Tobą prostą, ale jakże głęboka myślą, od której zrozumienia zaczęła się moja przemiana: Okradasz siebie z czasu, marzeń i wspaniałych chwil, bo nie umiesz milczeć.
Najskuteczniejszym zabójcą istnienia jest zgiełk. Niedługo nie będziesz słyszał swoich myśli. A może już tak jest?
To, co sprawia Ci przyjemność, każda radosna chwila pochodzi od Boga. Wszystko inne jest efektem wyrzutów sumienia, że zmarnowałeś talenty, jakie otrzymałeś. Im bardziej będziesz chciał przejść obok życia, nie trudząc się, tym więcej trudu będzie Cię to kosztowało. A, uwierz mi, trud włożony w budowanie, a nie niszczenie, jest niesamowicie opłacalny. O tym mówi kolejna biblijna mądrość: Co siejesz, to zbierzesz.
Zauważyłem, że jeśli coś robię, to w ludziach rodzi się zaraz pytanie: A co ty będziesz z tego miał. Odpowiem: Zazwyczaj nie oczekuję zapłaty; kiedy mogę pomóc, to po prostu pomagam. Ale jeśli wykonuję swoją pracę rzetelnie, włożyłem w nią masę wysiłku, a dzięki temu inni mają szansę stanąć na nogach, to nie należy mi się zapłata? Jeżeli efektem mojej pracy jest konkretne dzieło, to kogo może obchodzić czy i ile zarobię? Problem tkwi prawdopodobnie w tym, że wielu z nas przyzwyczaiło się do tego, że biorą, ale wcześniej nie zhańbili się pracą. Zresztą, przez jakiś czas też tak miałem, ale na szczęście wyzwoliłem się z tego.
Kiedy spotykam znajomych i pytam: Jak leci? Najczęściej słyszę odpowiedź: Jakoś. Kiedy zachwycam się pogodą, słyszę, że mogłaby być lepsza. Dzisiaj mnie to już nie dziwi. Dlaczego miałoby być inaczej, kiedy się z tą bylejakością godzimy i nie chcemy nic zmieniać? Bo kreatorami życia wielu z nas są ziejące grozą i sensacją szmatławce. Zamiast zająć się rozwiązywaniem własnych problemów, wielu z nas woli zagłębić się w zgiełk cudzych spraw! W tym miejscu przychodzą mi na myśl słowa Ojców Pustyni: Milczenie jest przede wszystkim sztuką obecności, sztuką życia chwilą obecną. Jeśli nasz umysł bombardują ciągle jakieś myśli, to powstrzymują nas one od bycia obecnym w danej chwili; w konsekwencji więc jesteśmy obecni, ale zawsze gdzie indziej.
To prawdopodobnie jest tajemnica, od której tak często uciekamy. Wielu ludzi nigdy nie żyło, bo są nieobecni. W danej chwili żyją albo przeszłością, albo przyszłością. Jeszcze gorzej jeśli zajmuje ich to, co robi sąsiad czy sąsiadka. Bo porównywanie się z innymi może mieć sens tylko wtedy, gdy chcemy wziąć odpowiedzialność także za ich życie. A nie jest to możliwe w sytuacji, kiedy nie umiemy wziąć odpowiedzialności za własne.
Czy naprawdę musisz okradać się z pięknych chwil?
piątek, 22 sierpnia 2014
Epilog
Mechanizm gender jest tylko usprawiedliwieniem, bo naprawianie czegoś, co wcześniej zepsuliśmy jest trudne. Z moich obserwacji wynika, że rzeczą, która ludziom przychodzi z największym trudem, jest przyznanie się do błędu. Kiedy ktoś z zewnątrz uświadomi drugiemu, że coś zrobił nie tak, ten traktuje to jak atak na siebie i gotów jest walczyć o swoje do ostatniej krwi. To nic, że nie ma racji, ale przyznać ją innej osobie jest poniżej jego „godności”. To smutne, ale prawdziwe, ale jest też druga strona medalu. Konsekwencje, o których tak często pouczamy innych, a w swoim życiu o nich zapominamy. Pozostawienie problemu bez zmian, pastwienie się nad nim i użalanie się nad sobą jest dużo bardziej kosztowne. Za dużo mówimy, a za mało robimy, a jeśli już to słowa nie pokrywają się z czynami. Jest takie powiedzenie: Jeżeli robisz coś, to wróci to do Ciebie ze zdwojoną siłą. Tak dobro, jak i zło. To od Ciebie zależy co czytasz, co oglądasz, z kim spędzasz czas. A to wszystko kształtuje Twoją osobowość. Jeżeli się nad sobą ciągle tylko użalasz, wynikają z tego jakieś pozytywy? Czy w taki sposób możesz przywrócić wiarę w siebie – najpierw sobie, a potem innym? A może słowa: Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego, to spółka z ograniczoną odpowiedzialnością? No bo jak masz kochać siebie, kiedy każdego dnia budzisz się z wyrzutami sumienia, bo… A jeśli tak traktujesz siebie, to jakie ma to przełożenie na innych? Proponuję oglądnąć „Rodzinę zastępczą”, tam można nauczyć się wiele o sobie.
W ostatnim czasie przekonałem się, że najskuteczniejszą modlitwą jest działanie. Ale czyjeś działanie może być solą w oku dla tych, którzy chcą sobie w spokoju przeżyć parę chwil, bo jakoś to będzie. Działa niestety reguła: Miło jest popatrzeć, jak się komuś noga powinie. Samemu nie trzeba się orobić, a ile satysfakcji. Tylko co się stanie, jeśli Twoje sprawdzone proroctwa się nie spełnią? Nie bierzemy poważnie słów Pisma, że każdy, kto prawdziwie ufa Bogu może góry przenosić, bo trzeba by coś z tym zrobić. I nagle się okazuje, że jestem taki zapracowany, po prostu brakuje mi czasu. Bo jakby się powiedziało A, trzeba by powiedzieć B itd. A na co mi szukać sobie kłopotów!? Pisząc tego bloga nauczyłem się wiele, ale wiem też, że ciężko będzie znaleźć ludzi, którzy potraktują mnie poważnie. Jeśli jesteś jednym z nich, to zrób przynajmniej jedną rzecz - prześlij linka mojego bloga innym. Może znajdzie się w Twoim otoczeniu ktoś, kto zareaguje na mój apel (parafrazę słów jednego z podróżników): Poszukuję chętnych na trudną i niebezpieczną wyprawę. Adrenalina gwarantowana. Nagroda to honor i satysfakcja. Szukam ludzi, dla których uczciwość, sprawiedliwość oraz szacunek dla przodków, kultury i tradycji, to nie są puste slogany. Takich, którzy słowa potwierdzają lub chcą potwierdzać czynami. Bo od samego gadania nic się nie zmieni, a już na pewno nie na lepsze.
W wersji książkowej tego bloga jeden z rozdziałów poświęcę temu, jaka była moja droga do odnalezienia siebie. Na pewno nie będą to wskazówki, które da się skopiować i sprawa załatwiona, bo każdy ma inną historię, inne doświadczenia i musi przejść własną drogę. Ale może niektóre mechanizmy sprawdzą się też u Ciebie, Adamie. Obserwatorzy, którzy sprawdzają, jak moje słowa mają się do rzeczywistości, nie biorą pod uwagę kilku czynników. Po pierwsze: nadal jestem poszukującym dżendermenem. Po drugie: rozpoczęty proces musi trwać, a owoce przychodzą czasami prędzej, czasami później. Gorzej jeżeli się tego procesu w ogóle nie rozpocznie. Nie chce mi się dłużej z Tobą gadać. Możesz się przyglądać temu, co dzieje się wokół, możesz spróbować sprawdzić, czy to o czym mówię ma jakikolwiek sens albo odpowiedzieć na mój apel. Jest ciekawa przygoda do przeżycia i ja już w nią wszedłem. Jeżeli chcesz do mnie dołączyć, napisz mi o tym na e-maila. Tylko że teraz będę Cię chciał zweryfikować.
Puenta
Pisanie tego bloga stało się dla mnie niesamowitą podróżą, w trakcie której wiele dowiedziałem się o sobie. Przygodą, która zmieniła moje spojrzenie na świat. Historia rodzinna, którą przytaczam poniżej, zdarzyła się nam jakiś czas temu, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, jaki może ona mieć sens. Kiedy ostatnio zastanawiałem się, jak zakończyć swoje wywody, oprócz powyższej historii, przyszły mi do głowy jeszcze dwa zdarzenia. Połączyłem je w jedną całość i wyszło mi coś takiego.
Pewnego razu jechałem autobusem. Na jednym z przystanków wsiadł pewien starszy mężczyzna. Tzn. wsiadł to za dużo powiedziane, pomógł mu pewien młody człowiek, bo widać było, że, mimo laski, ma on problemy z poruszaniem się. Starszy pan chciał wysiąść na następnym przystanku i niewiele brakowało, a nie udałoby mu się to. Po otwarciu drzwi, ludzie wparowali do autobusu i pewnie by go staranowali, gdyby nie interwencja chłopaka. Ponieważ ja też nie mogłem na to patrzeć spokojnie, zablokowaliśmy nacierających i wyprowadziliśmy człowieka na zewnątrz.
Podczas jednej z mszy świętych usłyszałem wyjątkowo ciekawe kazanie. Kaznodzieja mówił o tym, że serce człowieka to monstrancja, w której mieszka Jezus Chrystus.
Innym razem byłem uczestnikiem wspomnianego wyżej zdarzenia, którego ani ja, ani moja rodzina, nie zapomnimy do końca życia. Tej wiosny, jak co roku, objeżdżaliśmy groby Pańskie w kilku kościołach, aby się przy nich pomodlić. Około północy zbliżyliśmy się do jednego z głównych skrzyżowań w naszym mieście. O tej porze świeci już tylko pulsujące żółte światło, więc trzeba było stosować się do znaków. Prowadząc samochód, wiedziałem, że muszę zachować szczególne środki ostrożności, bo jestem na drodze podporządkowanej. Rozglądnąłem się we wszystkie strony i, ponieważ nie zauważyłem świateł jakiegokolwiek samochodu, depnąłem na gaz. Gdy znalazłem się na wylocie skrzyżowania, poczułem tylko jak zakołysał się tył mojego samochodu. Okazało się, że o centymetry za nami przejechał potężny TIR i tylko cudem uniknęliśmy śmierci. Moi bliscy widzieli go, ale zaniemówili z przerażenia. Dla mnie był on niewidoczny. Dopiero, gdy zatrzymałem samochód, zaczęło do mnie docierać, co się wydarzyło. Tylko nie wiedziałem wtedy jeszcze jaki to może mieć sens.
Kiedy zestawiłem ze sobą te trzy obrazy, pomyślałem sobie: Jeżeli ten starszy, samotny, zdany na czyjąś łaskę lub niełaskę człowiek to Chrystus? Jemu pomogłem, a co robię, kiedy mam do czynienia z najbliższymi? Tym bardziej po przyjęciu Komunii? Skoro ten człowiek jest Jezusem, to czy moja żona, dzieci i inni ludzie, z którymi mam do czynienia nie są nim także? Jeżeli ja wobec nich zachowuję się inaczej niż wobec tego biednego, ale obcego przecież starszego człowieka, to mogę powiedzieć, że moje serce to monstrancja, w której godnie goszczę Najświętszy Sakrament? W końcu jeżeli stał się cud, dzięki któremu ja i moi najbliżsi otrzymaliśmy drugie życie, to mam prawo to zmarnować?
Są to pytania retoryczne, ale na ostatnie udzielę odpowiedzi. Swoje relacje z najbliższymi mocno zweryfikowałem i choć nie jest to łatwe, bo stare nawyki wciąż się budzą, dam sobie z tym radę. Podzieliłem się tym z Tobą, bo mam nadzieję, że i Ty zrobisz coś ze swoim życiem.
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Naga prawda
Zrobiłem, co
mogłem, żeby Cię obudzić. Resztę musisz zrobić sam.
Rzeczywistość opisana w „Piłkarskim pokerze”, „Taxi A”,
„Układzie zamkniętym” czy serialach „Siła wyższa” i
„Ranczo” to nasza codzienność. Niestety daliśmy się tak
ogłupić, że uznajemy to za normę. Wielu pewnie boi się tego, że
gdyby w świecie zaczęła panować sprawiedliwość, musiałaby
dosięgnąć także jego. Odwracając, wyświechtany już slogan,
można powiedzieć: Nieszczęśliwy kraj, biedna Ojczyzna, która ma
taki naród – rządzących, wyborców, mężów i ojców. Ludzi
albo uciekających przed odpowiedzialnością, albo tę
odpowiedzialność zrzucających na innych. A podsumowując mój
wywód – zjawisko gender to ja i Ty, bo to każdy z nas jest
największym wrogiem siebie. Siebie, swojej rodziny, kraju. No bo
wyobrażasz sobie, że ktokolwiek mógłby odebrać Ci coś, gdybyś
mu na to nie pozwolił? Gender to nasze urażone ambicje, godzenie
się na byle jakość, bezmyślne przyglądanie się, jak nasze dzieci wychowują media, w końcu oskarżanie. Wszystkich o wszystko.
Na koniec
poprzedniego wpisu podałem dwie sentencje. Mogłeś sobie pomyśleć,
że pierwsza z nich nie jest prawdziwa, bo przeczą jej słowa
Ewangelii wg św. Mateusza: „ Nie możecie służyć Bogu i
Mamonie”. Nie chce mi się tego nawet komentować, bo to oczywista
bzdura. Drugą myśl przytoczę w pełni: Prawdziwy mężczyzna
zostawia każdą kobietę, z którą ma do czynienia, w lepszym
stanie, niż ją zastał – pomyślałeś sobie może, że
chodzi tutaj o seks? Jeśli tak, to Twoja dżenderyzacja przekroczyła
niebezpieczne stadium. Słyszałeś kiedyś, żeby wykorzystana i
porzucona kobieta była szczęśliwa, bo ja nie? W tej sentencji
ukryta jest myśl, którą pozwoliliśmy sobie wyprzeć z naszych
umysłów i uznajemy dzisiaj za ”postępową” oczywistość.
Chodzi o szacunek wobec kobiet, stosowanie zasad savoir vivre’u na
co dzień. Nie pożądliwe spoglądanie na nie jak na obiekty seksualne,
tylko gotowość do pomocy w każdej sytuacji. Oczywiście wobec
ogółu kobiet ograniczona przyzwoitością, a tylko dla swojej żony
pełna. Podzielę się z Tobą jeszcze jednym przemyśleniem: Ludzie,
których najtrudniej kochać, najbardziej tego potrzebują.
I jeszcze dwie
sentencje, które obrazują dzisiejszą rzeczywistość:
Ludzie, gdy
nie dostają tego, czego oczekują, cierpią. Gdy to dostają, też
cierpią, bo się boją, że to stracą.
Smutniejsze od
śmierci jest tylko to, że wielu ludzi nigdy nie żyło.
wtorek, 12 sierpnia 2014
Pasja II
Zbliżamy się powoli do końca moich rozważań. Jeżeli dotąd nic nie zrozumiałeś, to zachęcam do konfrontacji z samym sobą - przed lustrem. Jeśli i to nie pomoże, to mam dla Ciebie ostatnią deskę ratunku. Podam Ci za chwilę plan, jak mógłbyś odnaleźć siebie. Może być, że nie jest on doskonały, więc jeśli znasz lepszy, to go zastosuj. Ale jeśli nic Ci nie przyjdzie do głowy, spróbuj – może Ci nie zaszkodzi. Oprócz Biblii polecam teksty znakomitego szkoleniowca – Fabiana Błaszkiewicza. Dlatego w poszczególnych punktach podawał będę tylko tytuły jego albumów.
1.
Na początek polecam Mt 6 i 7. Ze szczególnym uwzględnieniem 6, 12-15
oraz 7, 12 – powinieneś tam poznać prawdę o „głębokości” swojej wiary.
2.
„Snajper uwodziciel” i „Słońce Twojego sekretu”
– poznasz tam swoje prawdziwe oblicze, ale i mechanizmy zachodzące w Twoim związku
z Ewą.
3.
„Źródło prawdziwej siły” – dowiesz się, jaki
najprawdopodobniej popełniasz błąd.
4.
„W imię Jezusa możesz wszystko” – jeśli te
teksty nie postawią Cię na nogi, to nie wiem, czy cokolwiek będzie w stanie Cię
obudzić. Po przesłuchaniu obu płyt, przeczytaj jeszcze Ps 91, 92 i 93.
5.
„Jestem legendą I i II” to tak naprawdę
instrukcja, jak odnaleźć swoją pasję.
6.
Na koniec zachęcam do zapoznania się ze słowami
zawartymi w albumie „Tożsamość snajpera” – możesz dzięki temu odzyskać siły,
gdybyś miał problem z odnalezieniem swojej pasji.
Jeżeli podejdziesz do tematu uczciwie, masz szansę stanąć mocno na nogi. Ważne, żebyś solidnie wykonał wszystkie ćwiczenia. Jeśli mimo to nie dasz sobie rady, wskazówki szczegółowe znajdziesz w wersji książkowej mojego bloga. Na polecanych przeze mnie płytach znajdziesz m. in. takie sentencje: Jest rzeczą chwalebną zdobywać bogactwo, hańbą jest umrzeć bogatym oraz Prawdziwy mężczyzna zostawia każdą kobietę, z którą ma do czynieni, w lepszym stanie, niż ją zastał. Te stwierdzenia były dla mnie kluczowe i wprowadziły porządek w moim wewnętrznym życiu. Jak będzie z Tobą, tego nie wiem.
Sinusoida
Oglądać się za siebie i odgrzewać nieświeże kotlety, znaczy ni mniej ni więcej, tylko to, że się cofamy. Zamiast zrobić porządek i później go utrzymywać, zamiatamy śmieci pod dywan. Życie potrafi zmienić się w jednej chwili. W najmniej oczekiwanym momencie i w trudnym do przewidzenia kierunku. Największą ciekawostką jest to, że także w pozytywnym, czego bardzo często nie bierzemy w ogóle pod uwagę. Bo możesz dopuścić do głosu swojego wewnętrznego krytyka albo wziąć odpowiedzialność za swoje życie i skupić się na wielu sukcesach, jakie są Twoim udziałem w dotychczasowym życiu. Obszernie o tym mówi Fabian Błaszkiewicz w „Tożsamości snajpera”. A może nie osiągnąłeś w życiu żadnych sukcesów?
Każda zmiana to proces – sinusoida. Jeżeli uznasz jakieś niepowodzenie za koniec jakiegoś procesu, a nie zauważysz pozytywów z tego wypływających, to co z tego wynika? Na pewno nie to, że każda zmiana kończy się niepowodzeniem. Przywołując tutaj opisywany przeze mnie wcześniej przykład ojca, który przejechał córce po nodze, można by proces zakończyć na tym wydarzeniu i ubolewać, jak wielkie stało się nieszczęście. Ale można to wydarzenie potraktować jako pewien etap procesu, którego końcowym efektem było wyleczenie dziewczyny. Udokumentuję to jeszcze jednym przykładem, który usłyszałem podczas jednego z nocnych czuwań. Pewien człowiek modlił się o rozwiązanie problemu z pracą. Oczekiwał, oczywiście, że otrzyma dobrze płatną posadę i to w dodatku blisko domu. Najlepiej jeszcze, żeby się w tej pracy nie trzeba było narobić. Został zatrudniony, ale warunki były zupełnie inne, niż oczekiwał. Praca była wymagająca, zarobek nie aż tak dobry, jakiego się spodziewał i, na dodatek, daleko od domu. Na domiar „złego”, zamiast dostać pieniądze na samochód, otrzymał zdolność kredytową. Niedobry Bóg, zamiast ryby, ośmielił mu się dać wędkę. Zmiany w życiu każdego człowieka są nieuniknione. To od Ciebie, Adamie, zależy, czy będziesz zatrzymywał się na górze, czy na dole swojej sinusoidy. Opierając się na powyższym przykładzie, zamiast narzekać, bohater tej historii powinien dziękować Bogu za to, że miał za co kupić samochód, że dzięki temu ma czym dojeżdżać do pracy i ma zdrowy organizm, aby tę pracę wykonywać. Za każdym wyborem idą też konsekwencje. Narzekasz – masz, czego chciałeś. Dziękujesz – dostajesz więcej, niż chciałeś. Stać Cię na spłatę kredytu, możesz utrzymać rodzinę i jeszcze zostaje na przyjemności. A jeśli Cię to nie satysfakcjonuje, możesz spokojnie szukać nowej – lepszej pracy. Jeżeli jesteś świetnym fachowcem, to nie będzie z tym problemu, a jeśli nie, to ciesz się z tego, co masz albo rób wszystko, żeby się tym fachowcem stać.
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
Prawda
Przez kilka dekad przyzwyczailiśmy się, żeby działać bezpiecznie, czyli asekuracyjnie, czyli nijak. W ostatnich kilku tygodniach sprawdziłem, że jeżeli ludzie mówią, że chcą coś zmienić, to znaczy, że mówią i nic więcej. Wszyscy narzekają, że jest źle, że rząd tak okrutnie się z nami obchodzi, a kiedy trzeba się wziąć do roboty, nie ma komu! Nawet ci, którzy coś tam próbowali, zaczynają robić uniki. Żeby coś zmienić, trzeba zmieniać – to znaczy działać. Ale wcześniej trzeba przyznać, że coś jest nie tak, że popełniliśmy jakieś błędy. A to jest bardzo trudne. Jest taka sprawdzona maksyma: Nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi. Jak inaczej wyobrazić sobie sukces w jakiejkolwiek dziedzinie? Pomyłki są nam potrzebne nie po to, żeby się za nie obwiniać, tylko po to, żeby wyciągać wnioski. Jeżeli w pewnym momencie zdasz sobie sprawę, że idziesz w niewłaściwym kierunku, a nic z tym nie zrobisz, będziesz mógł spać spokojnie? I tutaj nie chodzi o rozliczanie, bo tak zachowują się zazwyczaj ludzie, którzy chcą ukryć swoje błędy. Bardzo ważne jest , aby stanąć przed samym sobą w prawdzie. Siebie nie oszukasz, a żeby to sprawdzić, wystarczy jeśli staniesz z sobą twarzą w twarz przed lustrem. Wytrzymasz ten wzrok? Patrzysz sobie w oczy nie po to, żeby się rozliczać, tylko żeby oczyścić atmosferę i nie wracać do starych błędów. Dopiero wtedy możesz iść do drugiego człowieka. Potrzebne będzie jeszcze jedno stwierdzenie: Siebie nie rozliczałem, to dlaczego miałbym rozliczać jego. Zamiast go potępiać, możesz mu powiedzieć: Stało się, ale na przyszłość staraj się tak nie robić. Tylko wtedy możesz pobudzić go do skruchy. Jak te słowa podsumowują Ojcowie Pustyni? „Zamiast potępiać innych, powinniśmy ich pozyskiwać dla Boga przez okazywanie miłości”. Zadaj sobie jeszcze jedno pytanie: Jeżeli wszystkiemu w Twoim życiu winni są ONI, to kto kieruje Twoim życiem?
Nieporozumienie
Kontynuując poprzedni wątek, chciałbym nawiązać do rozdziałów Źródło światła- pasja. Napisałem tam o tym, że przemysł zrobi wszystko, aby zwiększyć swoje zyski. Skrytykowałem wydawanie pieniędzy na rzeczy, które nie są paniom do niczego potrzebne. Nie znaczy to wcale, że kosmetyki są zupełnie bez sensu. One były, są i będą. Tyko że powinny one służyć do podkreślania urody, a nie maskowania tego, co w kobiecie najpiękniejsze - natury. Co więcej, wyzywający makijaż czy seksowny strój są jak najbardziej na miejscu. Ale w sypialni i tylko dla swojego męża. Dziewczyny są coraz bardziej wyzywające, bo myślą, że w taki sposób przyciągną tego jedynego. Nieporozumienie polega na tym, że w takiej sytuacji chłopak nie myśli o życiu – wspólnej przyszłości, tylko o seksie. Po drugie, coraz trudniej znaleźć też wartościowy materiał na męża, więc dziewczyny idą na daleko posunięte ustępstwa. Ale są na szczęście też prawdziwie wartościowe – szanujące się dziewczyny (tego najbardziej zazdroszczą im feministki), które nie mają z tym problemu. Podkreślając swoją wartość i będąc niedostępne, pobudzają swego chłopaka do działania. Dla takiej kobiety, mężczyzna jest gotów w ogień wskoczyć. Tak jest w okresie narzeczeństwa, może w pierwszym okresie małżeństwa. A co się dzieje później? Większość z nas zaczyna rozmieniać się na drobna, dostosowywać do warunków. Zamiast podtrzymywać ogień w swoim mężu, wymagania kobiet stopniowo przygasają, a mężczyzna się rozleniwia. Ponieważ jednak natura naszych pań jest niezmienna, więc po pewnym czasie wymagania wracają. Czasami ze zdwojoną siłą. Niestety padają już na uśpiony grunt. Jedynym sensownym rozwiązaniem w takiej sytuacji jest przywrócić mężczyznę do stanu pierwotnego, czyli rozbudzić w nim pasję. Możesz to zrobić Ty, Adamie, może to zrobić Twoja Ewa. Ale ona tylko wtedy, kiedy będzie przekonana do skuteczności tej metody.
Subskrybuj:
Posty (Atom)