czwartek, 7 sierpnia 2014

Twoja żona - Twój skarb

Będę się trochę powtarzał, ale muszę przytoczyć tu pewną sytuację, która idealnie obrazuje zachowanie wielu z nas. Pewien polski kabaret w jednym ze swoich skeczów prezentuje taką oto scenę. Król mówi do chłopa, który uratował okolicę przed smokiem: W nagrodę dostaniesz królewnę za żonę. A chłop na to: "Aaaaa, to taka zamiana. Królewne za żone? Nigdy żem nie przypuszczał, że moge moje stare tak korzystnie wymienić".
Na chłopski rozum zamiana wydaje się być korzystna, ale czy na pewno? Można by tę historię porównać do wymiany żony na kochankę. Powiem krótko. Nie znam nikogo, kto by na tym dobrze wyszedł. Jest to bardzo kosztowna zamiana. Ale nie tylko dlatego o tym mówię. Chcę ci powiedzieć, że niepotrzebna ci żadna zamiana, ale zmiana - myślenia. Możesz mieć i królewnę, i żonę. Dwa w jednym. I to ty i tylko ty możesz zmienić swą żonę w królewnę i mieć ją w obu tych wcieleniach naraz. Co więcej, ona o niczym innym nie marzy.

Powiem więcej, jeżeli Twoja Ewa „uwiera” Ci, to się ciesz i całuj ją po rękach, bo dzięki temu jeszcze żyjesz. Ona tylko próbuje obudzić Cię ze snu i pobudzić do działania. Tak, tak - mężczyzna musi polować na jakiegoś mamuta – czymkolwiek by on nie był, inaczej sam zginie!). Żeby mieć w domu księżniczkę, najpierw musisz stać się księciem. Jak mówi Fabian Błaszkiewicz, mężczyzna musi być atrakcyjny, aby zainteresować swoją kobietę. Atrakcyjny, to nie znaczy piękny (piękna może być tylko kobieta), to znaczy interesujący. Dzisiejsze zdżenderyzowanie facetów jest bezpośrednim powodem tego, że dziewczyny mają taki problem ze znalezieniem kandydata na całe życie, a nawet jeśli znajdą, to albo nie mają cierpliwości, aby zrobić go atrakcyjnym, a przez to obudzić swoje światło, albo stosują niewłaściwe metody (zgodne z własnym sposobem postrzegania świata). Tymczasem rozwiązanie jest tylko jedno. Omówiłem je w jednym z wcześniejszych rozdziałów.

Miłość a szczęście

Dlaczego na świecie są nieszczęśliwe kobiety? Bo nie ma przy nich prawdziwych mężczyzn! Ta odpowiedź jest podsumowaniem tego, o czym mówiłem w rozdziale Źródło światła – pasja I, w którym pojawił się sekret dożywających szczęśliwej starości par. Ona nie musi spoglądać ciągle w lustro, bo wie, że dla niego jest jedyna i zawsze najpiękniejsza. Bo to, co ich łączy, to prawdziwa miłość, która się nigdy nie starzeje! Jak się ma do tego feminizm?  Zatem czy to, co współczesny świat mówi nam o miłości, jest prawdą? Posłużę się kilkoma myślami, bo każda z nich dopełnia  poprzednią. Wiele z nich to cytaty lub parafrazy słów pochodzących z powieści Paula Younga „Chata”.
Gdy dajecie swoją miłość, która nie pochodzi od Boga, z tego wynika tylko cierpienie.
Bóg, który przynosi na świat Miłość, jest niewygodny, bo wtedy wielu rzeczy nie da się sprzedać.

Tak często spłycacie miłość do rangi uczucia. Tymczasem kochać to znaczy szukać szczęścia innych, nie swojego. Co za sztuka kochać  kogoś, kogo się lubi. Prawdziwa miłość zaczyna się wtedy, gdy pojawiają się trudności. Kochać to o wiele więcej niż lubić.
Bóg jest Miłością, tylko wy nie wiecie co to Miłość. Zbyt często mylicie ją z uczuciem, które jest zmienne. Miłość to postawa życiowa. Niezmienna. Jest bezwarunkowym darem z samego siebie. Rodzice pamiętają o tym, kiedy ich dzieci są niemowlakami, ale później szybko tracą pamięć. Kiedy płacze niemowlę, bolejesz nad tym i starasz się temu zaradzić. Kiedy płacze Bóg (w innym człowieku), często pozostajesz niewzruszony.
Jeżeli miłość nie jest nakierowana na drugiego człowieka, to jest to narcyzm.
Dlaczego miłość Boga jest taka trudna? Bo wszystko co wartościowe jest trudne. Bóg staje przed Toba ubogi i bezbronny, aby się przekonać, czy twoja miłość jest szczera. Swoje bogactwo i siłę ukazuje dopiero tym, którzy mu zaufają.
Bóg jest wszechmocny, a co za tym idzie wymagający. I to jest prawda. Ale u Stwórcy przed wszechmocą jest Miłość. Bandyci też bywają wszechmocni, a są ścigani przez prawo. Ojciec jest wszechmocny dla syna, ale go nie maltretuje, bo bardziej kocha. Miłujący ojciec nie przeszkadza synowi w poniesieniu konsekwencji swojego postępowania. Bo inaczej niczego by się nie nauczył. Niestety dzisiaj obraz ojca jest mocno wypaczony. Coraz rzadziej ojciec jest autorytetem. Zbyt często kierujecie się negatywnymi emocjami, które zafałszowują faktyczny obraz rzeczywistości. Taka miłość nie pochodzi od Boga i prowadzi na manowce.
Próbować zrozumieć Boga, to tak, jakby próbować zrozumieć działanie Internetu, który jest jednym z jego najdoskonalszych dzieł. To jest Syzyfowa praca, ale właśnie dlatego Bóg posłał nam swego Syna, który jest obrazem Jego Miłości.


środa, 6 sierpnia 2014

Wdzięczność

Jeżeli ktoś mi mówi, że nie ma za co dziękować Bogu, to chce mi się wyć. Mam wtedy ochotę zabrać go do szpitala, najlepiej na onkologię. I nie dlatego, żeby pokazać sens cierpienia, bo na ten temat mogą się wypowiadać tylko Ci, którzy są przykuci do łóżek, ale żeby sobie uświadomił, jak wielkie dary marnuje. Zdrowe ręce, nogi, wzrok, słuch – po co to wszystko? Żeby psuć je przed telewizorem czy komputerem albo wyżywać się na rodzinie, bo ich nie rozumiesz? A myślisz, że Twoje dzieci tyle czasu spędzają wpatrzone w ekran, bo im to sprawia przyjemność? Niektórym, czasami pewnie tak. Tylko jeszcze częściej jest to ich rozpaczliwe wołanie i ucieczka przed brakiem zrozumienia! Każde z nich, z wielką radością, rzuciłoby telefon czy odeszło od komputera, gdybyś tylko zechciał poświęcić mu czas w taki sposób, w jaki on czy ona tego potrzebują! Zobrazuję to anegdotką z życia mojej rodziny. Jakiś czas temu wydawało mi się, że jestem super ojcem, bo staram się spędzać z dziećmi czas, organizuję wspólne śniadania, wyjście do kościoła i obiadki w niedzielę. Aż pewnego razu zadzwonił do mnie syn i z przestrachem w głosie powiadomił mnie, że zepsuł mu się samochód, więc potrzebuje mojej pomocy. Ponieważ miałem inne plany, byłem wściekły. Chcąc nie chcąc wsiadłem w drugi samochód i pojechałem na wskazane miejsce. W nerwach nie potrafiłem odkryć powodu awarii (później okazało się, że bardzo błahego) i w końcu doholowałem syna do warsztatu samochodowego, gdzie usunęliśmy usterkę i każdy pojechał w swoją stronę. Z mojego punktu widzenia był to zmarnowany czas, ale syn był niezmiernie szczęśliwy. Do dzisiaj tego nie rozumiem, ale mimo mojego zdenerwowania, dla niego chwile spędzone z ojcem w taki sposób były owocne. Tego dowiedziałem się dopiero później i dało mi dużo do myślenia. Odtąd zacząłem się uważniej przyglądać swoim kontaktom z dziećmi. Przekonałem się, że otrzymałem dar ojcostwa nie po to, aby go ignorować albo trwonić, tylko po to, żeby kochać. Wcześniej jednak nikt mnie tego nie nauczył. I nie mówię tego po to, żeby kogoś oskarżać, bo przecież moi przodkowie borykali się z tym samym problemem, tylko dlatego, że znalazłem niedawno książkę, którą powinien przeczytać każdy rodzic. Najlepiej zanim podejmie się świadomego wychowania potomstwa, ale też kiedy uzna, że coś w jego systemie wychowawczym szwankuje. Jest to kilkudziesięciostronicowa broszura francuskiego księdza Gastona Courtois pt. Rady dla rodziców.
Wracając do myśli, od której zacząłem ten wywód. Ile razy w życiu widziałeś piękno wschodzącego słońca i się nim delektowałeś? Może to właśnie tutaj zaczynają się Twoje problemy? Znasz takie powiedzenie: Kto rano wstaje… i drugie: Bez pracy nie ma kołaczy?

Paradoks wiary

Jakiś czas temu na jednym z portali internetowych opisana została niesamowita historia. Pewien mężczyzna, chcąc zaparkować samochód, rozpoczął manewr cofania. Nie zauważył, że w tym czasie jego córka zaczęła wysiadać. Zanim się zorientował, co się dzieje, usłyszał krzyk swojego dziecka. Okazało się, że przejechał jej po nodze. Jak mógł się czuć w tym momencie, każdy może sobie wyobrazić. Ale nie było czasu na rozczulanie się nad sobą, trzeba było działać. Zawiózł córkę do szpitala, a potem pogrążył się w rozpaczy. Zaczął sobie wyobrażać najgorsze i wyrzucać sobie swoją głupotę. Był tak zdruzgotany, że gotów był ponieść wszelkie konsekwencje swego czynu. Postanowił jednak, że zanim odda się w ręce sprawiedliwości, sprawdzi, na jak srogą karę zasłużył. Kiedy na drugi dzień ochłonął nieco, przyszedł do szpitala, dowiedzieć się, co z córką. Okazało się, że wskutek wypadku dziewczynka odniosła tylko niegroźne obrażenia, ale w trakcie specjalistycznych badań wyszła inna sprawa. Nogę, która uległa obrażeniom, wcześniej zaatakował rak do tego stopnia, że za kilka tygodni guz byłby nieoperacyjny. Wypadek przyczynił się do tego, że został on wykryty w ostatniej chwili i jest szansa na to, że po kuracji dziewczynka będzie mogła chodzić normalnie. PRZYPADEK? A może powinieneś zweryfikować, Adamie kilka spraw? Jak sądzisz, czy ten kierowca wcześniej był dobrym ojcem? A po wypadku coś się zmieniło? Czy musi się stać coś niespodziewanego, żebyś naprawdę zaczął kochać swoje dzieci? 

wtorek, 5 sierpnia 2014

Wiara II



Wiara wielu z nas wygląda niestety tak, jak to opisałem w poprzednim wpisie. Mówimy, że wierzymy, ale gdyby nas ktoś zapytał w co (Kogo), braknie nam argumentów. Jeszcze gorzej by pewnie było z odpowiedzią na pytanie, jaki jest Ten, w którego wierzymy. Bo nasze poznanie Boga jest powierzchowne, a jeszcze częściej bliskie zeru. A jak to było w przypadku Józefa? Jak powiedziałem wcześniej, był on człowiekiem wierzącym. Żaden ustęp Tory nie był przed nim zakryty. Dzięki temu, że był człowiekiem poszukującym, na każde pytanie odpowiedzi szukał tam, gdzie na pewno mógł ją znaleźć. W Piśmie Świętym, które znał, bo poznawał. Każdego dnia. Skoro poznawał, to nieobce mu było też proroctwo Izajasza, który mówił, że Mesjasz narodzi się z Dziewicy. I co zrobił Józef? Wybrał rzecz nadrzędną. Przecież prorok – natchniony przez Boga – nie może się mylić. Józef przeszedł proces: przez poznanie do zaufania. Taka jest prawdziwa definicja WIARY. Józef dzięki wierze otworzył się na działanie Boga. Jest dla nas wzorem nie dlatego, że nie był grzeszny, czy pozbawiony wątpliwości, ale dlatego, że żył Słowem Bożym. Jak to powiedział ksiądz, od którego usłyszałem tę historię: „Żył Słowem Bożym od rana, do wieczora”. Znał każdą literę Tory i dlatego wiedział, że musi dokonać wyboru. To znajomość Słowa Bożego była tym języczkiem u wagi, dzięki któremu Józef wiedział, że ma wybór. Ale to jeszcze nie wszystko. Józef podjął właściwą decyzję, bo zaufał Bogu i dla niego anioł nie był żadnym zwidem, czy koszmarem sennym.  Jeżeli więc nie wiemy, jakie jest zdanie Boga na dany temat, bo z Nim nie rozmawiamy, to podejmujemy czasami decyzje w oparciu o niepełną wiedzę. Później oskarżamy, bo tak najłatwiej. Józef też mógł oskarżać, ale nie zrobił tego. Miał wątpliwości i zapewne zadawał sobie pytanie: „Dlaczego ja? Taki prosty, zwykły cieśla, a nie jakiś możny pan? Odpowiedź jest prosta: Bo tak chciał Bóg, który nie ma względu na osoby. Bez nawiązania bliskiej relacji z Bogiem nie da się być prawdziwym mężczyzną, dobrym mężem i ojcem.      

Wiara I



Tę historię usłyszałem z ambony podczas rekolekcji adwentowych. Zmodyfikowałem ją tylko trochę, w oparciu o swoje doświadczenia. Nasze wyobrażenie o świętych jest takie, że są oni niedoścignionymi ideałami. Wydaje nam się, że choćbyśmy nie wiadomo co robili, to i tak im nie dorównamy. Tak nam wpajano w dzieciństwie i nadal w to wierzymy. Ale czy tak faktycznie jest? Prześledźmy to na przykładzie św. Józefa. Czy był on takim ideałem? Na szczęście on przede wszystkim był człowiekiem. A człowiek nie rodzi się świętym, tylko się nim staje. To Maryja była Niepokalanie Poczęta i Nieskażona Grzechem. Józef był takim samym mężczyzną jak każdy z nas, człowiekiem pełnym wątpliwości. Wyróżniała go jednak pewna cecha, której brakuje wielu z nas. Zastanów się, czy gdyby dzisiaj we śnie nawiedził cię anioł i powiedział, że masz ważną misję do spełnienia, potraktowałbyś go poważnie? Ilu z nas miałoby wątpliwości? Józef też je miał. Wiedział, że nie jest ojcem dziecka, więc (po ludzku) podejrzewał żonę o zdradę. On nie znał całego planu Bożego, wnioskował tylko na podstawie tego, do czego był dopuszczony. Za zdradę Prawo nakazywało osądzić i ukarać. Idąc dalej, Józef, chcąc zadośćuczynić Prawu, musiałby Maryję ukamienować. Józef znał dobrze Prawo, bo był człowiekiem WIERZĄCYM, tzn. poznającym. Nam wiara kojarzy się dzisiaj z obowiązkiem pójścia na mszę św. w niedzielę i mechanicznym wykonaniu jeszcze kilku czynności, zazwyczaj dlatego, że inni patrzą. To jest typowe, ale i fałszywe ujęcie wiary
Pewnego razu byłem na rekolekcjach w jednym z podkarpackich kościołów. Był to czas bożonarodzeniowy, a wtedy księża mieli w zwyczaju wystawiać tam żywą szopkę. Tzn. na dziedzińcu była zagroda, a w niej zwierzęta. Tego roku zagroda stała, ale zwierząt nie było widać. Kiedy się zatrzymałem w pobliżu, ktoś zapytał mnie, czy to ta szopka i gdzie są zwierzęta. Machinalnie odparłem, że szopka ta sama, a zwierzęta najprawdopodobniej odpoczywają w stajni po drugiej stronie muru. Pytający, wydawał się być zadowolony z odpowiedzi, a ja wierzyłem, że jest tak, jak powiedziałem. Wierzyłem, że te zwierzęta są za murem, tzn. dopuszczałem możliwość, że się mylę. Brakowało najważniejszego elementu, czyli sprawdzenia, czy mam rację, tzn. POZNANIA.

Droga na skróty



Jeżeli chodzisz ze spuszczoną głową i ledwo powłóczysz nogami, to jak odbierają Cię ci, którzy Cię obserwują? Przyciągniesz taką postawą kogoś do Kościoła? Powiedzą: „Tak, to jest człowiek Chrystusa, będę go naśladował!?” Bzdura. Dlatego naszym żonom, dzieciom i innym obserwatorom trudno uwierzyć, że taki Bóg, jakiego my reprezentujemy, jest Bogiem wspaniałym. Tym samym zamiast przyciągać ich do Kościoła, sprawiamy, że się od niego oddalają. 
Gdybyś od razu dostał wszystko, o czym sobie tylko zamarzysz, potrafiłbyś to docenić? Posłużę się tutaj współczesnym przykładem. Jeżeli ktoś ubierze na siebie koszulkę z napisem Lewandowski, to znaczy, że stał się wielkim piłkarzem? Niektórym niestety tak się wydaje. Tymczasem to może być zaledwie pierwszy krok w tym kierunku. Jeżeli zrobi też drugi, trzeci i kolejne, wyleje tyle samo potu, co ten sportowiec, być może kiedyś będzie mógł powiedzieć: „Jestem  od niego lepszy”. Nie ma drogi na skróty, a żeby w jakiejś dziedzinie być najlepszym, trzeba mieć też talent.
Jeżeli w twoim życiu pojawia się jakiś problem, to się nad nim pastwisz, czy szukasz rozwiązania? Rozwiązania szukasz w chaosie czy w ciszy? Szukasz go raz, dwa, czy do skutku? Wielu z nas szuka pracy. Jeden rozsyła CV, chodzi od firmy do firmy i, mimo że nie widać efektów jego działania, nie poddaje się. Drugi próbuje, ale wszędzie widzi pułapki: „Podjąłbym tę pracę, ale… to za duża odpowiedzialność.., za mało płacą..., słyszałem, że pracodawca...” itd. Jeszcze inny siedzi przed włączonym komputerem i robi „dobre” wrażenie. Przegląda strony z ogłoszeniami tylko wtedy, gdy inni go obserwują. Który z nich ma największą szansę na znalezienie pracy? Tak samo jest z naszą wiarą.