piątek, 22 sierpnia 2014

Puenta



Pisanie tego bloga stało się dla mnie niesamowitą podróżą, w trakcie której wiele dowiedziałem się o sobie. Przygodą, która zmieniła moje spojrzenie na świat.  Historia rodzinna, którą przytaczam poniżej, zdarzyła się nam jakiś czas temu, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, jaki może ona mieć sens.  Kiedy ostatnio zastanawiałem się, jak zakończyć swoje wywody, oprócz powyższej historii, przyszły mi do głowy jeszcze dwa  zdarzenia. Połączyłem je w jedną całość i wyszło mi coś takiego.
Pewnego razu jechałem autobusem. Na jednym z przystanków wsiadł pewien starszy mężczyzna. Tzn. wsiadł to za dużo powiedziane, pomógł mu pewien młody człowiek, bo widać było, że, mimo laski, ma on problemy z poruszaniem się. Starszy pan chciał wysiąść na następnym przystanku i niewiele brakowało, a nie udałoby mu się to. Po otwarciu drzwi, ludzie  wparowali do autobusu i pewnie by go staranowali, gdyby nie interwencja chłopaka. Ponieważ ja też nie mogłem na to patrzeć spokojnie, zablokowaliśmy nacierających i wyprowadziliśmy człowieka na zewnątrz.
Podczas jednej z mszy świętych usłyszałem wyjątkowo ciekawe kazanie. Kaznodzieja mówił o tym, że serce człowieka to monstrancja, w której mieszka Jezus Chrystus.
Innym razem byłem uczestnikiem wspomnianego wyżej zdarzenia, którego ani ja, ani moja rodzina, nie zapomnimy do końca życia. Tej wiosny, jak co roku, objeżdżaliśmy groby Pańskie w kilku kościołach, aby się przy nich pomodlić. Około północy zbliżyliśmy się do jednego z głównych skrzyżowań w naszym mieście. O tej porze świeci już tylko pulsujące żółte światło, więc trzeba było stosować się do znaków. Prowadząc samochód, wiedziałem, że muszę zachować szczególne środki ostrożności, bo jestem na drodze podporządkowanej. Rozglądnąłem się we wszystkie strony i, ponieważ nie zauważyłem świateł jakiegokolwiek samochodu, depnąłem na gaz. Gdy znalazłem się na wylocie skrzyżowania, poczułem tylko jak zakołysał się tył mojego samochodu. Okazało się, że o centymetry za nami przejechał potężny TIR i tylko cudem uniknęliśmy śmierci. Moi bliscy widzieli go, ale zaniemówili z przerażenia. Dla mnie był on niewidoczny. Dopiero, gdy zatrzymałem samochód, zaczęło do mnie docierać, co się wydarzyło. Tylko nie wiedziałem wtedy jeszcze jaki to może mieć sens.
Kiedy zestawiłem ze sobą te trzy obrazy, pomyślałem sobie: Jeżeli ten starszy, samotny, zdany na czyjąś łaskę lub niełaskę człowiek to Chrystus? Jemu pomogłem, a co robię, kiedy mam do czynienia z najbliższymi? Tym bardziej po przyjęciu Komunii? Skoro ten człowiek jest Jezusem, to czy moja żona, dzieci i inni ludzie, z którymi mam do czynienia nie są nim także? Jeżeli ja wobec nich zachowuję się inaczej niż wobec tego biednego, ale obcego przecież starszego człowieka, to mogę powiedzieć, że moje serce to monstrancja, w której godnie goszczę Najświętszy Sakrament? W końcu jeżeli stał się cud, dzięki któremu ja i moi najbliżsi otrzymaliśmy drugie życie, to mam prawo to zmarnować?
Są to pytania retoryczne, ale na ostatnie udzielę odpowiedzi. Swoje relacje z najbliższymi mocno zweryfikowałem i choć nie jest to łatwe, bo stare nawyki wciąż się budzą, dam sobie z tym radę. Podzieliłem się tym z Tobą, bo mam nadzieję, że i Ty zrobisz coś ze swoim życiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz