To, co w naszym życiu jest pewne, to zmiany. Ale
ponieważ każda zmiana niesie za sobą nieznane, dlatego zazwyczaj kryjemy się
przed tym w tzw. strefie komfortu. Wolimy wybrać to, co znamy, niż
eksperymentować. Dlatego często podejmujemy decyzje irracjonalne. Bierze się to
stąd, że boimy się wyimaginowanego bólu, który może się wtedy pojawić, więc, na
wszelki wypadek, nie podejmujemy działania. Dlatego zmiany należałoby
wprowadzać powoli. Czasami jest to jednak niemożliwe. W sytuacji, gdy zmianą
jest jakieś zagrożenie, to nasza podświadomość nakazuje nam działać
instynktownie. Uciekamy albo bronimy się. Gorzej, jeśli ten mechanizm
przenosimy do działań kontrolowanych przez świadomość. Nie podejmę tej pracy, bo są tam za niskie zarobki lub Nie pójdę głosować, bo to i tak nic nie
zmieni. Coś, co dla mnie wydaje się absurdem, dla człowieka będącego w
swojej strefie komfortu, jest czymś oczywistym, więc często wbrew rozsądkowi broni się. Tak jest m. in. z bezdomnymi, którzy wolą pozostać w tym,
co znają, niż przystosować się do nowego, ponieważ wymaga to podjęcia, niezrozumiałego
dla nich, wysiłku. Niestety, bardzo wielu z nas postępuje równie irracjonalnie.
Byle tylko nie wychylać się poza swoją strefę komfortu. Te moje rozważania
oparte są na treści filmików: Polimaty i
Polimaty+ 53 (zachęcam do oglądnięcia całości). Tam prowadzący mówi m.in. o podstawowym błędzie, jaki popełniamy
jako rodzice. Tzw. motywacja zewnętrzna typu: Posprzątaj
pokój skuteczna jest tylko
wtedy, gdy rodzic jest świadkiem pracy, którą zlecił. Kiedy opuszcza pomieszczenie,
dziecko zajmuje się czymś innym. Dlaczego? Bo brakuje mu motywacji wewnętrznej,
którą może wzbudzić tylko ktoś, kto jest dla niego autorytetem i komu ufa. Tylko
w takich warunkach gotowe jest poddać się woli innych. Do tego potrzebna jest
jeszcze przyjazna forma komunikatu: Mógłbyś
to zrobić, proszę cię. To jest pięta
Achillesowa większości rodziców, dlatego dzieci tak często uciekają w swoją
strefę komfortu, a my dziwimy się, że nasze słuszne argumenty do nich nie
trafiają. Możesz się ze mną Adamie zgodzić lub nie, ale budowa motywacji
wewnętrznej u dzieci, to Twoje zadanie. Jeśli go nie podejmiesz, nigdy nie
znajdziesz wspólnego języka z dziećmi. Jeśli tego nie zrobiłeś wcześniej, teraz
będzie Ci niezmiernie trudno. Zacznij jednak słuchać tego, co one chcą Ci
powiedzieć, a nie miej na wszystko gotowej odpowiedzi. A już na pewno nie
wyśmiewaj pomysłów, jakie ma Twoje dziecko. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka
wydają się one bezsensowne. Twój syn, Twoja córka potrzebują Twojej akceptacji,
dobrego słowa i pozytywnej motywacji. Negacją nie zbudujesz autorytetu. Możesz
zadać sobie pytanie, jakie mam prawo do wygłaszania takich teorii. Odpowiedź
jest prosta. Piszę o tym, co przeżyłem i co wprowadzam w życie. Jestem (potencjalnie) mężczyzną, mężem i ojcem. Odkąd zdałem sobie
sprawę, jak bardzo jestem zdżenderyzowany, zacząłem wprowadzać w życie wiele
zmian. To jest niezwykle trudne, ale każdy mały sukces dodaje mi nowej energii.
Zostało jeszcze sporo do zrobienia, ale efekty są obiecujące. Jeżeli chcesz
zmieniać bliskich, zacznij od siebie. Zmienić innych można tylko przykładem.
Jest to praca bardzo żmudna, niewdzięczna i pełna pułapek, ale jeśli jej nie
podejmiesz, nic się nie zmieni. Na pewno nie na lepsze. Genderowcy znają ten mechanizm
i zrobią wszystko, żebyś miał jak najmniej czasu i cierpliwości dla swoich
dzieci. To woda na ich młyn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz