Jeżeli ktoś mi
mówi, że nie ma za co dziękować Bogu, to chce mi się wyć. Mam
wtedy ochotę zabrać go do szpitala, najlepiej na onkologię. I nie
dlatego, żeby pokazać sens cierpienia, bo na ten temat mogą się
wypowiadać tylko Ci, którzy są przykuci do łóżek, ale żeby
sobie uświadomił, jak wielkie dary marnuje. Zdrowe ręce, nogi,
wzrok, słuch – po co to wszystko? Żeby psuć je przed telewizorem
czy komputerem albo wyżywać się na rodzinie, bo ich nie rozumiesz?
A myślisz, że Twoje dzieci tyle czasu spędzają wpatrzone w ekran,
bo im to sprawia przyjemność? Niektórym, czasami pewnie tak. Tylko
jeszcze częściej jest to ich rozpaczliwe wołanie i ucieczka przed
brakiem zrozumienia! Każde z nich, z wielką radością, rzuciłoby
telefon czy odeszło od komputera, gdybyś tylko zechciał poświęcić
mu czas w taki sposób, w jaki on czy ona tego potrzebują! Zobrazuję to
anegdotką z życia mojej rodziny. Jakiś czas temu wydawało mi się,
że jestem super ojcem, bo staram się spędzać z dziećmi czas,
organizuję wspólne śniadania, wyjście do kościoła i obiadki w
niedzielę. Aż pewnego razu zadzwonił do mnie syn i z przestrachem
w głosie powiadomił mnie, że zepsuł mu się samochód, więc potrzebuje mojej pomocy. Ponieważ miałem inne plany, byłem
wściekły. Chcąc nie chcąc wsiadłem w drugi samochód i
pojechałem na wskazane miejsce. W nerwach nie potrafiłem odkryć
powodu awarii (później okazało się, że bardzo błahego) i w
końcu doholowałem syna do warsztatu samochodowego, gdzie usunęliśmy
usterkę i każdy pojechał w swoją stronę. Z mojego punktu
widzenia był to zmarnowany czas, ale syn był niezmiernie
szczęśliwy. Do dzisiaj tego nie rozumiem, ale mimo mojego
zdenerwowania, dla niego chwile spędzone z ojcem w taki sposób były owocne. Tego
dowiedziałem się dopiero później i dało mi dużo do myślenia.
Odtąd zacząłem się uważniej przyglądać swoim kontaktom z
dziećmi. Przekonałem się, że otrzymałem dar ojcostwa nie po to, aby
go ignorować albo trwonić, tylko po to, żeby kochać. Wcześniej jednak nikt mnie tego nie nauczył. I nie mówię tego po to,
żeby kogoś oskarżać, bo przecież moi przodkowie borykali się z
tym samym problemem, tylko dlatego, że znalazłem niedawno książkę,
którą powinien przeczytać każdy rodzic. Najlepiej zanim podejmie się
świadomego wychowania potomstwa, ale też kiedy uzna, że coś w jego systemie wychowawczym szwankuje. Jest to kilkudziesięciostronicowa
broszura francuskiego księdza Gastona Courtois pt. Rady dla
rodziców.
Wracając do myśli,
od której zacząłem ten wywód. Ile razy w życiu widziałeś
piękno wschodzącego słońca i się nim delektowałeś? Może to
właśnie tutaj zaczynają się Twoje problemy? Znasz takie
powiedzenie: Kto rano wstaje… i drugie: Bez pracy nie ma
kołaczy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz